Rozdział Dziewiąty

Rozdział Dziewiąty: Przyjaźń, czy może jednak coś więcej…?
Kasia
Coraz więcej czasu spędzałam na lataniu z Astrid. To było po prostu wspaniałe! Szkoda, że Katrin nie ma swojego jeźdźca. Moglibyśmy latać wtedy w szóstkę. A zapomniałam, dość często lata z nami Czkawka na Szczerbatku. Chętnie polatałabym sobie sama ze Szczerbatym, ale ten jego ogon…
Pewnego razu mieliśmy lecieć nad Zatoczkę. Pomyślałam, że może siostra będzie chciała polecieć z nami
- Kaaatrin! Gdzie się chowasz? – zapytałam, gdy wleciałam razem z Astrid do naszej jaskini w której od naszego przybycia na Berk mieszkamy. Znaczy się ona mieszka, bo dla mnie Astrid i Czkawka zrobili specjalne pomieszczenie obok domu mojego jeźdźca.
- Tutaj! – zawołała siostra z drugiego końca jaskini
- Co Ty tam robisz?
- Odpoczywam
- Nie chciałabyś z nami polatać? Lecimy nad Zatoczkę się trochę ochłodzić. Taka ładna pogoda, chodź!
- Nie dzięki, tu jest chłodno
- No weź, dawaj będzie fajnie!
- Dobrze wiesz, że nie lubię spędzać czasu z ludźmi…
- Ej no, ale oni sobie pójdą gdzieś, a my będziemy razem. No proszę Cię
- Niech zgadnę, Szczerbatek też tam będzie?
- A czemu miałby nie być? Przecież to smok Czkawki.
- Nie widzisz, że odpoczywam? Leć sobie razem z Szczerbatym nad tą Zatoczkę, a mnie zostawcie w spokoju…
- Ej, siorka, co jest?
- Nie widzisz, że mam zły dzień? Leć już sobie, chcę pobyć sama…
Jak chciała, to ją zostawiłam.
Po dotarciu już nad Zatoczkę, ja razem ze Szczerbatkiem zaczęliśmy bawić się w „Kto złapie więcej ryb”, podczas gdy Czkawka razem z Astrid mieli jak na to mówią wikingowie randkę. Ciekawi mnie co oni tam robią…
- Ej, Szczerbaty! – zawołałam go
- Hmmm?
- Co oni tam robią? Nie wyglądają tak jakby coś ich łączyło.
– Rzeczywiście, można by im jakoś pomóc, co Ty na to?
– Ok, to ja idę do Astrid, a Ty do Czkawki
Podeszłam do blondynki, i poczekałam, aż drugi smok popchnie bruneta w naszą stronę. Ale Astrid zaczęła mnie drapać za uchem… O jakie to jest przyjemne! Nie! Teraz musisz zrobić coś innego… Mam plan! Muszę dać jakoś im znać żeby za nami polecieli. Wzięłam dziewczynę na grzbiet i poleciałam z nią. Efekt był taki, że chłopaki polecieli za nami. Teraz musiałam dać jakoś znać Astrid, żeby złapała się mocniej w siodle, żeby nie spadła. Ale chyba wyczuła moje zamiary, bo sama się pochyliła, i bardziej przytrzymywała się. Poleciałam najszybciej jak mogłam. Porozumiewałam się z dziewczyną bez słów, wiedziała dokładnie co chcę zrobić ale mojego ostatniego ruchu kończącego tą zabawę nie przewidziała. Ja poleciałam prosto do góry, a Szczerb na dół kierując się do wody jak strzała. Przy samej krawędzi wody, a ja na odpowiedniej wysokości zatrzymaliśmy się. Ja zaczęłam pikować w dół, a on jak najszybciej lecieć do góry. Stało się tak, że Astrid spadła z mojego siodła prosto w ramiona Czkawki, czarny smok wyrównał lot, a ja leciałam tuż nad nimi, sprawdzając czy wszystko idzie po naszej myśli…

Zabiję, po prostu zabiję…

Z tego wszystkiego nie wiem jak, ale zasnęłam.
Obudził mnie dziwny szmer przy moim ogonie. Otworzyłam oczy i nic nie zobaczyłam. Ale poczułam, że ktoś siedzi na moim grzbiecie.
- No malutka, zobaczymy jak latasz – taaa… to był Sherigan. Pomyślałam, że on chciałby mieć własnego smoka, bo sam nim w stu procentach być nie może. – no Katrin. Leć! – poczułam jeszcze, że coś na mnie założył. I na mnie, i na moje skrzydła, i na mój ogon. Poczułam się tak jak wtedy, gdy Dagur założył mi tą obrożę. Kazał mi lecieć, ale nie za bardzo umiał mną sterować, co poszło na moją korzyść. Zrzuciłam go z grzbietu, i rozwaliłam ten cały jego wynalazek, żeby nie mógł znowu na mnie wleźć.
- Ej, Katrin, co jest z tobą? – zapytał tym swoim głosem. Ja już ściągnęłam to całe ustrojstwo i powiedziałam do niego po ludzku
- Co jest ze mną?! Raczej co jest z tobą! – złapałam go łapami i zleciałam w dół do Akademii. Poprosiłam Hakokła, żeby otworzył mi jedną z klatek i wrzuciłam tam Sherigana. Poprosiłam czerwonego smoka, żeby go pilnował, a ja muszę pomyśleć.
Poleciałam nad wzgórze, z którego chciałam dosięgnąć gwiazd. Popatrzyłam się znowu na te małe punkty, wzbiłam się w powietrze, i poszybowałam w dół, w stronę wody. Leciałam tak nad oceanem dość długi czas, rozmyślając co chwila „Jak on mógł mi to zrobić?”, „W jego jaskini było za ludzko, nawet jak na nocną furię”. Jak na razie te pytania pozostały bez odpowiedzi, a mój umysł podsuwał mi coraz to nowsze pytania w stylu „a co by było gdyby…”. Leciałam tak chyba całą noc, bo gdy wracałam, na horyzoncie wstawało już słońce. Poleciałam do Smoczej Akademii, Hakokieł smacznie chrapał, a Sherigan uciekł. Coś czuję. Smoczymiętka… Jak i kiedy mógł nazbierać tyle smoczymiętki żeby otumanić wielkiego Koszmara Ponocnika? Eh… niech sobie łazi po Berk. Prędzej czy później go znajdę, a jak już go znajdę to niech lepiej od razu woła o pomoc…

#Nana

imię …Nana? Co ty na to?-przygryzłam wargę zastanawiając się czy przystanie na jej propozycje byłoby czymś złym. W końcu to tymczasowe, muszę się tylko pozbierać i ruszam odbić siostrę. Mam nadzieję, że nic jej nie jest, chociaż nie jestem pewna czego można się spodziewać po tej żmii Baltazarze. Z mocnym postanowieniem w sercu wstałam i odpowiedziałam już nieco pewniejszym głosem.

- Zgoda.- Astrid również podniosła się ze swojego miejsca i razem skierowałyśmy się ku wyjściu. Dzień rozpoczął się już na dobre i nawet zza drzwi słyszałam gwar rozmów dochodzący z ulicy. Moja nowa przyjaciółka podała mi buty, które pasowały na mnie jak ulał, w końcu byłam mniej więcej takich samych rozmiarów co ona. Otworzyłam drzwi i wyszłam stanowczym krokiem na ulice, a przynajmniej chciałam, ale niespodziewanie potknęłam się o coś czarnego i wylądowałam twardo na owej przeszkodzie, która zaczęła się podnosić i ustawiać mnie powoli do pionu. Otworzyłam szeroko oczy i stanęłam twarzą wprost na przeciwko ogromnym zielonym ślepiom i czarnej klinowatej głowie smoka. Ale nie byle jakiego smoka, to była nocna furia. Uśmiechnęłam się tak szeroko, że miałam wrażenie jakbym znowu była w swoim normalnym ciele, bo przez chwilę myślałam, że patrzę na Kasię, ale zdałam sobie sprawę z dwóch faktów. To był „on” a nie „ona” i w odróżnieniu od mojej siostry był cały czarny jak noc, bez białych fragmentów na ciele. Mój wyszczerz jednak pozostał na twarzy, może dlatego, że mimo wszystko to był mój pobratymiec i poczułam się na moment jak w domu na Wyspie Nocy. Smok jednak miał chyba inne zdanie, bo nie czekając ani chwili zniknął tak szybko jak się pojawił. Kiedy twarz przybrała normalny beznamiętny wyraz, zamrugałam szybko. Ten nowy przybysz całkowicie wytrącił mnie z równowagi, dosłownie i w przenośni, bo teraz ponownie zamknęłam się w świecie własnych rozmyślań. Astrid jednak tego nie zauważyła i po krótkim śmiechu i pobłażliwym spojrzeniu rzuconym w stronę, w którą jak mniemam odszedł smok, wróciła do naszego pierwotnego celu. Zastanawiające jest jak jedno zdarzenie może wpłynąć na człowieka..smoka..ehh.. czy powinnam się martwić? Teraz bez większego przekonania ruszyłam za dziewczyną gapiąc się nieprzytomnym wzrokiem w jej stopy. Słyszałam, że ludzie na chwile przerywają swoją pracę by zapewne spojrzeć na nas, ale nie wydawali się jakoś bardzo zaabsorbowani moją obecnością. Założę się, że gdybym weszła tu w smoczej skórze to już dawno zaczęli by wyciągać broń zza pasków. Nie mogę zapomnieć, że to w dalszym ciągu są ludzie i wszystkiego można się po nich spodziewać, bądź co bądź przez ten krótki czas jaki jestem człowiekiem zdążyłam zauważyć w jak szybkim tempie zmienia mi się nastrój. Ciągnęłabym mój wewnętrzny monolog gdyby nie plecy Astrid, w które uderzyłam kiedy zatrzymała się raptownie przed kolejnymi drzwiami. O dziwo nie zarejestrowałam kiedy tu doszliśmy, ani jaką drogę przebyliśmy. Dziewczyna zapukała i nie czekając na odpowiedź otworzyła drzwi na oścież puszczając mnie przodem. Dla własnego bezpieczeństwa zerknęłam szybko na podłogę czy aby znowu się nie potknę i przekroczyłam próg rozglądając się na boki po ciemnym pomieszczeniu.

Rozdział Ósmy: Przykra Prawda

Rozdział Ósmy: Przykra Prawda…
Po moim wyczynie zrobili wielką ucztę na cześć nocnych furii. Kasia i Szczerbaty oczywiście poszli, ale ja jakoś nie miałam ochoty. Nie wiem co zrobili z Dagurem, ale mało on mnie w tej chwili obchodził.
Podeszłam na plażę i patrzyłam się na wschodzący dopiero co księżyc, i jego piękne odbicie w wodzie. Zauważyłam, że gdy jest noc moje łuski robią się ciemniejsze i prawie zlewają się z pięknem nieba. Jak byłam mniejsza to tak się nie działo. Pewnie to była część tego smoczego dojrzewania
Postanowiłam się trochę rozruszać, i zrobić sobie noc latania. Obleciałam całą wyspę Berk. Latałam nad wodą, poleciałam na najwyższy szczyt, nad Krucze Urwisko, do Zatoczki, żeby później spokojnym lotem wrócić do jaskini, w której mieszkałam niedawno z Kasią. Kasia teraz mieszka u Astrid, więc sama tam siedzę.
Lecąc nad wioską mój wzrok Nocnej Furii przykuł, ktoś kto chodzi pomiędzy domami w samym środku nocy. Śledziłam go z powietrza, ale zauważyłam w tym kimś coś znajomego. Nie mam pojęcia co to było, ale mam takie wrażenie, że gdzieś już tą osobę widziałam. Tenże jegomość zmierzał w kierunku statków. Pomyślałam, że może to być Dagur, który chce uciec! Gdy wszedł na „molo” wylądowałam przed nim a ten jak mnie zobaczył, przewrócił się i wpadł głową do wiadra z rybami. Dobrze mu tak. Jak w końcu zdjął to przeklęte wiadro, spojrzał na mnie, a ja nie mogłam uwierzyć. To były jego oczy… ale to nie może być on… ale jednak…. nie to na pewno nie on. To nie może być on. To niemożliwe. A jednak, to jest on, rozpoznałam od razu jak tylko powiedział
- Katrin, to nie tak jak myślisz… – nie dokończył, bo ja ryknęłam na całe gardło mu prosto w twarz, tak że chyba obudziłam całą wioskę i odleciałam z powrotem do mojej jaskini. To były te same głębokie, granatowe oczy. To był ten sam władczy, ale i zmysłowy głos. To był Sherigan w ludzkiej skórze…

Dość duże info

Witam wszystkich czytających tego bloga. Chciałabym w imieniu moim i Syndrome przekazać wam informację. Odkąd założyłam bloga, i dołączyła do niego Syndrome nie ma ani jednego komentarza, ani żadnej innej aktywności na tymże blogu. Więc postanowiłyśmy, że za jakiś czas (będę zła i nie powiem wam kiedy, sami sobie na to zapracowaliście) założymy po prostu hasło na bloga, a jeśli ktoś dalej będzie chciał go czytać to w takim razie proszę o podanie mi e-mail pod tym postem, na który będę wysyłać hasła. To jest nasza pierwsza i mam nadzieję, że ostatnia taka informacja, że musimy wam o tym mówić. Zdajemy sobie sprawę, że napisanie głupiego komentarza jest strasznie męczące [dla niekumatych: tak, to był sarkazm], ale pomyślcie sobie, że my piszemy to opowiadanie, bo sprawia nam to chęć. Byłoby nam bardzo miło, jeśli pokazalibyście swoją obecność, czy ktoś w ogóle czyta te nasze wypociny. Jeśli nie, cóż, zaczniemy pisać tylko dla osób wybranych. Czyli te które znamy osobiście. Nie będziemy się prosić. Po prostu dostaną hasło, i tyle *puff* koniec czytania.
To tyle z mojej strony.
Cornoctis

..666..

Dobrą chwilę zajęło mi zorientowanie się, że to moje własne oczy i tak naprawdę przede mną wisi lustro, o którym kompletnie zapomniałam leżąc w ciepłej wodzie. Zamrugałam szybko i spuściłam oczy na przedmioty, które miałam podnieść. Pozbierałam wszystko co dostałam od Astrid i mimowolnie zerknęłam na lusterko, uważnie studiując każdy skrawek mojego odbicia, ludzkiego odbicia.-A więc to tak teraz wyglądam.-Pomyślałam podchodząc bliżej. Wyciągnęłam rękę dotykając lekko bladego policzka, a postać w lustrze powtórzyła ten ruch. Astrid bez pukania weszła do łazienki i zastała mnie z ręką przylepioną do twarzy, pewnie pomyślała, że jestem dziwna skoro macam się po twarzy, ale skutecznie to zamaskowała głośnym chrząknięciem. Otrząsnęłam się ze zbędnych myśli i podeszłam do niej oddając przedmioty.

-No, umyta wyglądasz znacznie lepiej, zanim pójdziemy powinnaś chyba coś zjeść.- co mój żołądek głośno potwierdził.To powiedziawszy odwróciła się i razem zeszłyśmy do kuchni na dole. Na stole czekał już posiłek składający się z pieczonych ryb i sera. Kiedy to zobaczyłam zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo jestem głodna, ale oparłam się pokusie rzucenia się na to wszystko. Astrid również siadła do posiłku, jadłyśmy w milczeniu. Kiedy skończyłyśmy zaczęło się to czego ciągle unikałam. Rozmowa, jakby nie patrzyć nie odezwałam się jeszcze ani słowem odkąd obudziłam się na plaży, nie licząc tego głośnego krzyku.

-Smakowało?-zaczęła przyjaźnie, ja tylko pokiwałam głową i spuściłam głowę przyglądając się z udawanym zainteresowaniem własnym dłoniom.

- Ehh.. posłuchaj mnie, tak czy inaczej będziesz musiała z kimś porozmawiać. Wolisz żeby to był całkiem obcy człowiek czy ja? Przecież nie gryzę, a nie zrobiłam ci przecież krzywdy.-uśmiechnęła się pokrzepiająco i usiadła obok mnie obracając mnie twarzą do siebie. Rzuciłam jej podejrzliwe spojrzenie, ale nie doszukałam się u niej niczego co świadczyłoby o tym, że zamierza mnie oszukać. Otworzyłam buzię z zamiarem powiedzenia czegoś, ale nie byłam pewna czy umiem w ogóle mówić w ludzkim języku. Odchrząknęłam i z mojej buzi wydobył się cichutki melodyjny głosik - Wolę rozmawiać z tobą.- i zawstydzona własną odpowiedzią odwróciłam wzrok chowając się za swoimi czarnymi włosami. Nie widziałam jej twarzy, ale po głosie poznałam, że się uśmiecha.

-No widzisz, nie jest tak źle prawda? Powiesz mi jak masz na imię?- i tu taki *Zong*, imię? No tak imię, takie proste pytanie, a jednak coś mnie wstrzymywało od powiedzenia go. Czułam w tej chwili jakbym zdradzała własną rasę rozmawiając z nią. Nie chciałam podawać jej swojego imienia, więc uparcie milczałam. Musiała uznać ten brak reakcji za moją niewiedzę, a nie upór bo zaproponowała:

-Jeśli chcesz możemy ci wymyślić imię. Co powiesz na..

A jednak jeszcze nie koniec… #18

Nie! Mam tego dosyć. Gdy zobaczyłam, jak Kasia cierpi, po prostu coś mi się stało. Dagur chciał wzlecieć znowu w górę ale ja… niekoniecznie…. Nagle wyostrzyły mi się zmysły, poczułam nową i większą siłę w sobie. Wiedziałam, że muszę uratować siostrę, po prostu to wiem. On powiedział, że mój grzbiet świeci się na fioletowo. I dobrze.
- Złaź ze mnie ty grubasie – mówiąc to zrzuciłam go z grzbietu i ryknęłam na całe gardło – ZOSTAWIĆ MOJĄ SIOSTRĘ!
Dagur odpełzł ode mnie, i ruszał w kierunku Kasi. Zrzucił Bestiala z grzbietu i sam się na nią wdrapał. O nie. Tego już za wiele! Nie pozwolę, by ten słoń siedział na mojej siostrzyczce. Wzleciałam bardzo wysoko, ale zanim to zrobiłam zdjęłam sobie tą bezużyteczną obrożę. Zaczyna mnie gonić, wiem co zrobię. Mam jedynie nadzieję, że się uda…
Wzleciałam wysoko, tak jak wtedy, gdy chciałam dotknąć gwiazd. Wiedza, że on wykorzystuję Kasię dodaje mi coraz to więcej siły. My smoki potrafimy wstrzymać powietrze dłużej niż ludzie, więc to był chyba dobry pomysł. Dagur zrobił się lekko fioletowy. To był właśnie ten moment. Strzeliłam czymś nowym, to nie była plazma, ale coś lepszego. Wycelowałam w obrożę, a sama poleciałam w ich kierunku. Kiedy Kasia ocknęła się z tego wpływu i już sama leciała, ja w tym czasie chwyciłam Dagura w łapy i zafundowałam mu lot jego życia. Podrzucałam go du góry i strzelałam w niego tym czymś nowym. Wygląda to jak taka plazma zmieszana z wodą, tylko, że kolor przypomina ogień. W tym samym czasie przylecieli do mnie Szczerbatek z Czkawką. Poprosiłam ich żeby sprawdzili jak tam Kasia a ja dalej „bawiłam” się z Dagurkiem.  Wzleciałam wysoko, bardzo wysoko. Upuściłam go i chcąc go złapać z powrotem, źle wcelowałam i niestety spadł do morza. Wpadłam razem z nim do tej lodowatej wody, mi nic się nie stało, ale on tak głęboko spadł, i nie mogłam go wyłowić. Przynajmniej ma za swoje. Gdy próbowałam się wynurzyć, poczułam, że „coś” łapie mnie za ogon. Krzyknęłam i wypłynęłam jeszcze szybciej. Po wzleceniu w powietrze poczułam, że coś mam na ogonie. Obejrzałam się a to był on. Nie dał za wygraną i nie puszczał. Podleciałam nad las i zaczęłam wymachiwać ogonem, ale on dalej tam był.
- Kasia! Słyszysz mnie? – krzyknęłam po smoczemu, tak by mnie nie zrozumiał
- Jestem w wiosce, nic mi nie jest! – odkrzyknęła siostra
-Proszę, znajdź tą obrożę, co miałam na sobie i to urządzonko. Trochę się zabawimy!
Leciałam w kierunku wioski, i nagle sobie coś uświadomiłam. Wiem, że to nie był na to czas ale przypomniało mi się, że od dłuższego czasu nie widziałam Sherigana. Dagur najwyraźniej wykorzystał mój moment nieuwagi i znowu wdrapał mi się na grzbiet. To był najgorszy pomysł na jaki mógł wpaść. Znowu poleciałam w górę i z największą szybkością jaką zdołałam osiągnąć, poleciałam w dół. Będąc już prawie przy ziemi, zwolniłam i szybowałam a on siedział mi znowu na ogonie. Poleciałam jeszcze trochę wyżej i „strzepnęłam” go z ogona, łapiąc go w łapy. Popatrzyłam na niego i powiedziałam
- Masz coś przeciwko, żeby zrobić to? – kończąc to zdanie, szybko podniosłam głowię a pode mną pojawiła się Kasia z obrożą, którą założyła Dagurowi. Teraz leciała ze mną, do wioski.
Położyłam Dagura na ziemi i włączyłyśmy to urządzonko. Było śmiesznie, gdy zaczął się zachowywać jak kurczak. Nawet nie zauważyłam, jak przyszedł Stoick. Wódz Wandali, i tata Czkawki.
- Witamy Wodza Berserków. Smoki, co on robi? A no tak, wy nie mówicie
- Chyba trochę się mylisz – powiedziałam z uśmiechem. A bardziej z czymś co wyglądało moim zdaniem na „smoczy” uśmiech.
- Ale jak wy to? – jąka się Stoick
- Takie coś – mrugnęłam do Kasi stojącej obok

~~~~~~~~~
No to macie dzisiaj dłuższy wpis :D Tak naprawdę to jeszcze nie koniec mojej historii z Katrin, Kasią i całą resztą.
Pozdrawiam
Cornoctis

To już jest koniec… #17

Muszę stwierdzić fakty. Siedzę teraz na dachu, On siedzi na mnie, i wydziera się na kogoś, nic nie widzę, nie mogę się sama ruszyć, mam świadomość… i tylko ona pozostawia mnie przy życiu.
Wykonywałam jego rozkazy między innymi strzelanie w domy wikingów. Robiłam co kazał, nie mogłam przestać, póki nie wyczułam mojej siostry. Lecieliśmy właśnie w jej kierunku i usłyszałam, jak woła „pomocy!”. Coś mi się stało i wszystko zaczęłam widzieć normalnie. Ale ten widok nie był dobry. Zobaczyłam Kasię leżącą na ziemi i skrępowaną więzami, a także Bestiala zakładającego jej taką samą obrożę jak i mi. Później widziałam, jak na niej usiadł i razem z Dagurem na mnie lecieli w stronę twierdzy. Po chwili zauważyłam na niebie ciemną postać lecącą baaardzo szybko. Po kilku sekundach druga taka sama postać śmignęła nad nami. Próbowałam powiedzieć coś Kasi po smoczemu
- Kasia! Słyszysz mnie? Kasiu obudź się z tego transu… proszę…. – powiedziałam, ale mój jeździec przerwał mi szturchając mnie patykiem. Każe mi i Kasi wylądować. Przez ten „trans” nic nie słyszę, więc nie wiem co oni mówią. To może być już koniec. I mój, i Kasi, a nawet Berk….

Next please

Zielony stok łagodnie opadał w dół, a w oddali widać było dachy domów oraz morze, które jeszcze nie tak dawno wyrzuciło mnie na brzeg. Dziewczyna cierpliwie czekała aż napatrzę się na otoczenie. Uznałam, że jest chwilowo bezpiecznie więc pokiwałam delikatnie głową, że mogę iść.

Po dłuższym momencie, który był spowodowany moim ślamazarnym tempem doszliśmy przed drzwi jednego z domków. Zdziwiłam się, że w wiosce jest tak cicho przecież słońce już dawno wstało, a tu ani żywego ducha (nie licząc kilku ptaków). Astrid śmiało popchnęła drzwi i wkroczyliśmy (czyt. ja i Astrid) do środka. Rozglądnęłam się ostrożnie, ale byłyśmy same. Nie znałam się na domach więc nie potrafię powiedzieć czy był ładnie urządzony, ale z pewnością był standardowy bo reszta mijanych przez nas domów wyglądała z zewnątrz tak samo.

Nagle poczułam lekki wstrząs i popatrzyłam na dach pewna, że zobaczę walący się na nas sufit, dziewczyna tylko się zaśmiała i dodała:

-Spokojnie to tylko Wichura wiesz ten smok, który z nami szedł, nie przejmuj się nią i chodź za mną.- chwyciła mnie delikatnie za nadgarstek i pociągnęła w stronę schodów na wyższe piętro. Jak się okazało na górze były cztery identycznych drzwi, te po prawej od nas były uchylone i zobaczyłam duże drewniane łóżko i kilka kolorowych tarcz opartych o ścianę. Przyglądałam się im, a Astrid zaczęła wyjaśniać.

-Tam gdzie patrzysz jest sypialnia moich rodziców, obok nich jest mój pokój, -pokazała drzwi z kilkoma żłobieniami na wysokości naszej głowy, chyba wolę nie wiedzieć co się stało - a na przeciwko niego jeden wolny pokój. My jednak idziemy do łazienki.- to mówiąc podeszła ze mną do ostatnich drzwi. Weszła ze mną do środka i wlała do dużej bali wodę z dwóch dzbanów stojących pod oknem. Łazienka była dość mała i oprócz wymienionych rzeczy zmieścił się tu tylko stołek i niewielkie lusterko.  Gdy dziewczyna poszła na dół, ja stałam jak kołek na środku tej niewielkiej przestrzeni zastanawiając się co ze sobą zrobić. 

Astrid weszła trzymając w rękach różne przedmioty.

-Tutaj masz ręcznik, grzebień i kilka innych rzeczy, zanim pójdziesz rozmawiać z Czkawką musisz wyglądać jak człowiek.- wzdrygnęłam się lekko. Czy nie jestem teraz człowiekiem? Zamykając drzwi mruknęła jeszcze żebym się nie śpieszyła, a ona musi na chwilę wyjść. Stałam jeszcze chwilę, usłyszałam dźwięk zamykania frontowych drzwi i ten sam jęk belek nade mną. Czyli to znaczy, że zostałam sama, niepewnie odstawiłam owcę na ziemię przy okazji zrzucając z siebie beżowy płaszcz, którym opatuliła mnie dziewczyna. Balia była do połowy pełna, co dało mi nadzieję, że za dużo tu nie nachlapię. Ostrożnie wgramoliłam się do niej i oparłam plecami o drewnianą ściankę. Siedziałam tak kilka minut zastanawiając się skąd ona wzięła taką ciepłą wodę, kiedy byłam smokiem mama zabierała nas czasem na strumyk, żebyśmy się trochę umyły. Jednak tamta woda była lodowato zimna, czułam to nawet przez swoje twarde łuski. Zdałam sobie właśnie sprawę z jaką łatwością przychodzi mi powiedzenie „byłam” smokiem. Skarciłam samą siebie za takie zachowanie, przecież dalej jestem smokiem! Tylko.. tylko w innym ciele. Pokiwałam energicznie głową chcąc wyrzucić niechciane myśli. Wzięłam w rękę mydło które leżało razem z innymi przyborami na krzesełku. 30 minut zajęło doszorowanie się do czysta, zadziwiające jak bardzo można się pobrudzić przez jeden niecały dzień w lesie. Woda zdążyła wystygnąć więc wyszłam z bali i wytarłam się do sucha. Z kupki przedmiotów, które przyniosła mi Astrid wygrzebałam grzebień i zaczęłam powoli rozczesywać mokre włosy. Po tych kolejnych 20 minutach męczarni, zabrałam się za dokładne oględziny mojego stanu zdrowia. Tak jak sądziłam na brzuchu wykwitł mi fioletowy siniak wielkości pięści, którego nabawiłam się przez czołowe spotkanie z owcą, ta tymczasem jak gdyby nigdy nic leżała sobie pod oknem. W głównej mierze byłam tylko cała podrapana, co do psychiki nie byłam pewna, dlatego wolałam jeszcze trochę poczekać z osądem. Na krzesełku zostało jeszcze jakieś materiałowe zawiniątko, które okazało się białą koszulką i granatową spódniczką. Usłyszałam na dole skrzypnięcie drzwi, więc szybko się ubrałam i wylałam wodę z bali. Odwróciłam się żeby pozbierać pozostałe przedmioty, ale zamarłam widząc czyjeś błękitne oczy wlepione we mnie ze zdziwieniem.